Do moich uszu dobiega delikatny dźwięk budzika. Przecieram oczy i spoglądam na zegarek. Punkt 6.00. Trzy godziny tylko dla mnie! – myślę, przeciągając się, a na mojej twarzy rysuje się subtelny uśmiech.
Zaparzam imbir z miodem i cytryną. Po śniadaniu przez około godzinę obmyślam koncepcję nowego projektu, dopracowuję swoją stronę internetową albo słucham jednego z ulubionych podcastów. Czasem wychodzę na spacer, wybieram się do Lasu Kabackiego na kilkukilometrową przejażdżkę rowerową albo rozkładam matę i delikatnie rozgrzewam ciało, wyciągając się w psie z głową w dół czy pozycji trójkąta.
Tak wyglądają moje poranki od pół roku.
Wcześniej było zupełnie inaczej.
Budzik wytrwale namawiający mnie do zwleczenia się z łóżka. Włączana po raz czwarty z kolei drzemka. Poranna bieganina z tuszem do rzęs w jednej ręce, a skarpetkami w drugiej. Potem pędem do Metra! O nie, i tak jestem spóźniona! Co prawda dopiero piętnaście po ósmej, jednak dojazd do pracy to godzina z hakiem. I to sporym.
Dokładnie pół roku temu podjęłam decyzję o zamianie czwartego piętra korporacji na domowe zacisze.
Po kilku miesiącach męczących dojazdów, zagłuszania biurowego harmidru muzyką, niezbyt udanych prób usłyszenia własnych myśli i skupienia się na zadaniach, wśród narastającej frustracji powiedziałam: dość! nie chcę tak żyć!
Co mnie skłoniło do zmiany? Pierwsza refleksja przyszła podczas ćwiczenia, które wykonywałam kilka tygodni wcześniej. „Lubię zaszywać się w swojej pracowni”… – o tak, to zdanie było bardzo moje! Tylko jak to połączyć z pracą w korporacji…? Niemożliwe… – zrezygnowana odłożyłam wtedy tę myśl na bok.
Kolejny impuls do zmiany pojawił się w Święta. Kilka dni odpoczynku i zdystansowanie się do codzienności pomogły mi spojrzeć na pracę z nowej perspektywy. Zdałam sobie sprawę, że moja codzienna obecność w biurze nie jest nikomu potrzebna. Współpracuję i tak głównie z osobami rozsianymi po całej Polsce. Mogłabym równie dobrze mailować z nimi z Honolulu. A że jestem zatrudniona na umowę zlecenie, w końcu mogę pracować skąd chcę.
Przyjrzałam się dokładniej mojemu rozkładowi dnia. Dojazdy do biura w godzinach szczytu zajmowały mi niemal 3 godziny dziennie. W perspektywie tygodnia to już 15 godzin, a miesiąca – 60. Co za strata czasu! Owszem, często w komunikacji miejskiej nadrabiałam zaległości czytelnicze. Niestety równie często drzemałam albo bezmyślnie scrollowałam facebooka.
Wieczorami często byłam tak zmęczona, że rezygnowałam z wcześniej ustalonych planów. Zamiast spotkania z przyjaciółkami, aqua aerobicu czy wyjścia do kina, po raz kolejny lądowałam na kanapie.
Na szczęście znalazłam sposób na wyjście z ram, które sama sobie narzuciłam. Od stycznia pracuję z domu. Efektywnie wykorzystuję poranki, a czas wcześniej poświęcany na dojazdy przeznaczam na przygotowanie posiłków, które zdecydowanie lepiej wpływają na moje samopoczucie niż stołówkowe jedzenie. Więcej czytam, spaceruję, śmieję się.
Często inni pytają mnie czy nie brakuje mi ludzi, czy nie czuję się samotna, pracując z domu. Wręcz przeciwnie! Po tak spędzonym dniu mam zdecydowanie więcej energii wieczorem. Częściej wychodzę do kawiarni na spotkania z przyjaciółmi. A jak raz na jakiś czas wpadnę do biura, koledzy witają mnie szerokimi uśmiechami. Przez to, że widzimy się rzadziej, bardziej doceniamy wspólne rozmowy. Nasze relacje zyskały na jakości.
Znalazłam swój styl pracy, z którym czuję się niezwykle komfortowo.
A Ty, w jakich warunkach czujesz się najlepiej i pracujesz najefektywniej?
Nie twierdzę, że praca zdalna byłaby idealna dla każdego. Sama miałam okazję poznać zarówno blaski, jak i cienie takiego stylu pracy. Dopiero po pewnym czasie wypracowałam swoje rozwiązania na to jak pracować z domu i nie zgnuśnieć. Chcesz je poznać? Wskakuj na stronę z kolejnym artykułem (tu niedługo będzie klik!).
O tym, u kogo taki sposób pracy może się sprawdzić, a u kogo niekoniecznie napiszę w jednym z kolejnych postów (tu też będzie klik!). A teraz daj znać w komentarzach jak Ty najbardziej lubisz pracować. Jestem bardzo ciekawa jak to wygląda u Ciebie! :-)
